Wstęp - 30 lat późniejAKTUALNOŚCI Zaczyna się cywilizacja, do Ułan Bator coraz bliżej (25,26 X) - poniedziałek, 27 października 2008
Zaczyna się cywilizacja, do Ułan Bator coraz bliżej (25,26 X) - poniedziałek, 27 października 2008
25 października N44.14164 E103.72025
Dojeżdżamy do klifów Bayanzag o zachodzie słońca. Z niedalekiej jurty wyjeżdża nam na spotkanie człowiek na motorze. Okazuje się być obwoźnym sklepem z pamiątkami. No tak, wyjechaliśmy już z dziczy, teraz zaczyna się cywilizacja. Pan oferuje wyroby z filcu, kamienie i zabawki z druta, znamy już te gadżety z ułanbatorskich sklepów, tyle że tu są trochę tańsze.
Postanawiamy na noc zjechać do kotliny dla ochrony przed ewentualnym nocnym wiatrem oraz dla ciekawej scenerii o poranku. Bajra poszedł sprawdzić drogę, wrócił z informacją, że jest tylko stromy zjazd zboczem jednego z klifów, „żaglowozy nie pajdjot”. Mówię mu, żebyśmy choć spróbowali i jak będzie niebezpiecznie to zostaniemy i zjedziemy rano. Nasz wspaniały kierowca podejmuje wyzwanie i już po ciemku doczepiamy żaglowozy do gaza i holujemy je po skale. Oj, żal że ciemność nie pozwala nakręcić filmu. Hamowanie za pomocą Gobi3 niewiele daje, stromizna ściąga nas na gaza w rosnącym tempie. Liny pomiędzy nami jest zaledwie kilka metrów. Szybki uskok przednim kołem w bok na skałę. Za chwilę szarpnięcie gaza. Xenia z Piotrem na Gobi3 czynią czary by nie uderzyć w Gobi2 ze mną i ze Światkiem. Bajra zatrzymuje się – dalsze pajedjem? Jest ciemno i nie widzę, ale spodziewam się wielkich znaków zapytania w jego oczach. Uże ciut ciut, jedźmy. Ostatnie kilkanaście metrów jest ciągłą niespodzianką, musimy przez kawałek przeciągnąć pojazd ręcznie bo uskok jest za duży na obciążony żaglowóz. Nie raz tylni ceownik ryje w miękkiej, piaskowcowej skale i w piachu. W końcu zjeżdżamy na dno kotlinki. Na kolację kasza z pomidorami z puszki, ale frykasy. Dobranoc.
26 października Poranek w czerwonych klifach Bayanzag. O świcie, otaczające nas piaskowce były żółtawe, teraz każdą chwilą silniejszego oddziaływania słońca stają się pomarańczowe, wieczorem będą ciemno ceglaste. Niekiedy nazywane są Płonącymi Klifami – przy zachodzącym słońcu, co mieliśmy okazję podziwiać wczoraj, wywołują też trochę marsjańskie skojarzenia. Bayanzag jest dużo mniejszy od Nemegtu i jest bardziej czerwony. Tak samo jednak cieszy oko. Właśnie szykujemy się do śniadania, potem wyprawa w skały, popołudniu ruszamy dalej, z wiatrem w kierunku Mandał-Ovo. Dziś dla odmiany zrobiło się odrobinę cieplej. Nie oznacza to, że rozmroziła się nasza woda w dachowym zbiorniku, ale nie ma już śniegu. Gdzieniegdzie tylko zalegają jeszcze białe języki, w głębszych rozpadlinach. W południowych godzinach można nawet zdjąć kurtkę i polar (na chwilę) ale wieczorami bez czapki, grubych rękawic i spodni z podpinką ani rusz. Mam nadzieję, że dziś powieje mocniej, wczoraj jazda opierała się na chwilowych szkwałach z północnego zachodu, było trochę pchania i zrobiliśmy niewiele ponad 15 km.
(…) Nigdzie nie pojechaliśmy. Bayanzag urzekł nas tak, że jednak postanowiliśmy spędzić tu cały dzień i ruszyć dopiero jutro rano. Szczególnie, że napotkani Mongołowie przekazali nam wieści pogodowe. Dziś odczuwalna symulacja wczesnej wiosny, ale za dwa dni ma znów być bardzo zimno, brr… Myślę, że dzisiejszy piękny, słoneczny i ciepły dzień był prezentem dla nas od Gobi za odmrożone ostatnio palce i nosy, rodzaj takiej rekompensaty;) Pozdrawiam Wszystkich Wiernych Czytaczy : ) a w szczególności Wojtka Skarżyńskiego, który niegdyś, w czasie polsko-mongolskich wypraw paleontologicznych, w Bajanzag, znalazł dwa gniazda dinozaurowych skamieniałych jaj (można je podziwiać w Muzeum Ewolucji w Pałacu Kultury w Warszawie). Ania p.s. dziś pustynna rozpusta – na kolację będą naleśniki! Wiwat Xenia!