Nieoczekiwane spotkanie (relacja 23 października) - poniedziałek, 27 października 2008
23 października Wyjeżdżamy z gościnnej jurty w kierunku północno-zachodnim. Orłosępy w górze zaczynają być widokiem powszednim. Kierujemy się w stronę Bulgan, tam chcemy zostawić żaglowozy, by potem udać się do Dalanzadgad po pieniądze (tam jest jedyny w okolicy bank, z którego można wyjąć pieniądze za pomocą karty) bo gotówki niet (zresztą pieniędzy też niet ale od czego są kredyty;) ).
Droga żmudna i zimna ale musimy szybko doholować się do Bulgan (by tam zostawić sprzęt) bo w Dalanzadgad ma czekać Esse (po drodze próbujemy się dodzwonić z satelity raz po raz do niego ale bezskutecznie). Do przejechania ok. 80 km. Na holu Piotrek, za nim Światek. Pod koniec drogi zmieniają się ze mną i z Xenią. Po drodze jeszcze spotkanie z zastępem sępów żerujących na końskiej padlinie. Nagle zza góry wyłania się miasteczko – bomba, dalej pojedziemy już samym gazem. Jeszcze tylko odnaleźć jakieś bezpieczne miejsce dla żaglowozów. Bajra proponuje, by pojechać dalej, do bazy turystycznej koło Bayanzag, 30 km stąd. Dobrze, pojedziemy co prawda po ciemku ale mamy już wprawę w nocnych jazdach. Wygłodniali postanawiamy jeszcze odnaleźć cajny gazar i zjeść kolację przed dalszą jazdą. W morzu słupów wysokiego napięcia i lianach kabli przeprawa przez miasteczko z żaglowozami jest niemożliwa. Zostawiamy je w takim razie pod opieką okolicznej rodziny. Wtem podchodzi do nas jegomość o niesamowicie przyjaznej i uśmiechniętej twarzy. Macha ręką, gestykuluje rozmawiając z Bajrą. Pada nazwisko Skarżyński, hmmm.. Okazuje się, że około 50-cio letni obecnie pan częściowo uczestniczył w rajdzie żaglowozowym 30 lat temu… pamięta Wojtka i resztę pionierów, rozpoznaje stary Gobi2, wspomina jak przebył 50 km za sterem, pod żaglami. Cóż za zrządzenie losu! Co więcej – okazuje się, że ów człowiek jest właścicielem lokalnego guest house’u i ma jurciany gazar (jadłodajnię), gdzie natychmiast zaprasza. Czyż nie tego szukaliśmy? Na miejscu, w czasie gdy gotuje się zupa pokazuje nam artykuł o wyprawie pionierskiej i naszej. Starannie złożona gazeta wyjęta została z komody na środku jurty. Pan Pol ma niesamowicie wesołe rysy twarzy, jest gadatliwy i sam podjął się przyrządzenia posiłku dla nas. Marzyliśmy też od pewnego czasu o świeżych pomidorach – gospodarz jakby czytając w naszych myślach, przynosi miskę pomidorów… Za jurtami ma całkiem pokaźnych rozmiarów szklarnię a w niej 35 gatunków warzyw i ziół (pomimo mrozu szklarnia wciąż czynna). Niebywałe, marzenia się spełniają, trzeba tylko pozwolić im płynąć…