GOBI 2008
Wstęp - 30 lat później
AKTUALNOŚCI
RELACJE archiwum
WYSTAWA, POKAZY
Pomoc dla dzieci!
MAPA
Historia wypraw
Żaglowozy
WYPRAWA GOBI 2008
WSPIERAJĄ NAS
Inspiracja
Cele wyprawy
Ojciec Chrzestny
Trasa wyprawy
Uczestnicy
Konstrukcja Gobi 3
Galerie zdjęć
Sponsoring
MEDIA o NAS
inne
Księga Gości
Kontakty
Do pobrania:)
wojtek
WYSTAWA 3D

Wstęp - 30 lat później arrow AKTUALNOŚCI arrow Nemegt (7-11 października) - środa, 15 października 2008
Nemegt (7-11 października) - środa, 15 października 2008 PDF Drukuj Email

Ostatnich kilka dni wyprawy spędziliśmy z Wojtkiem Skarżyńskim, naszym Gościem Honorowym. Pionier żaglowozowy i uczestnik wielu wypraw paleontologicznych z lat 60-70, postanowił pokazać nam kilka swoich ulubionych miejsc.


Zaczęliśmy od wąwozów, gdzie niegdyś wydobyto wiele okazów kopalnych zwierząt. Dla nas pozostały jedynie szczątki nielicznych kości - obfotografowaliśmy je oczywiście. Wojtek opowiedział nam wiele historii z czasów tych odkrywczych wypraw, przestrzegł nas też przed zabieraniem pradawnych szczątków ze względu na ich radioaktywność.

7 października

(.) Cóż za zbiegowisko sępów i innych drapoli! Naliczyliśmy ich ponad 20 kłębiących się u podnóża pobliskiego pagórka. Podchodzimy bliżej padliny, zwierzęta uciekają. Krążą jednak nad nami majestatycznie, czekając aż zostawimy w spokoju ich śniadanie. Nie mamy zamiaru wcale go zabierać pomimo odczuwalnego już powoli głodu. Kilka fotek na pożegnanie i jazda, dziś pierwsze spotkanie z dinozaurami!

(.) Piękne piaskowce w kolorze rdzewiejącej stali. Wypieki na twarzach. Wojtkowe historie rozbrzmiewające w zacisznym jarze. - Tu było znaczące odkrycie na południowej ścianie a tu wydobywaliśmy pierwsze znane z tych miejsc ssaki łożyskowe, to było niebagatelne odkrycie i nowe, nieznane do tej pory gatunki - opowiada Wojtek. Przy okazji szkoli nas z łacińskich nazw pierwszych ssaków, ciężko je jednak zapamiętać, wszystkie to .zaury albo .pody albo jeszcze inne .mimusy. Trzeba będzie doszkolić się po powrocie, teraz wiedza wypierana jest przez napływające w szalonym tempie emocje. Jeeeeeest!!!! Pierwsza kość! Wielka, ogromna, skamieniała i połamana. Ależ radość, one tu naprawdę są, Wojtek nie ściemnia ;)




8 października

Zostawiamy wyprawowego gaza w obozie i pakujemy się do wojtkowego Land Cruisera. Świetne auto, szokuje nas brak charakterystycznych dla jazdy gazem, silnych wstrząsów. Mamy wrażenie, że trafiliśmy do biznes klasy :) Jedziemy do gór Altan Uła, szaleje wiatr odczuwalny przy wjeżdżaniu na pagórki - rzuca wtedy autem. Nie ma drogi (czyt. starych śladów innego auta), jedziemy absolutnym off-roadem, przecieramy szlak jakimś sajrem. Za
chwilę sajr kończy się na wydmie - co dalej? Jak to co, dziwi się Sambo, kierowca toyoty - dalsze pajedjem! Nie  żartował, wjeżdżamy na wydmy, auto pokonuje je bez trudu, ważne tylko by się nie zatrzymać na grząskim piachu. Wojtek pokazuje kierowcy w którą stronę jechać, w końcu spędził tu niegdyś kilka miesięcy. - O tam, widzisz na zachodnim zboczu gór ten czarny pedyment? Tam musimy jakoś się dostać, nie zjeżdżaj w prawo, tam nie da się
przejechać - instruuje nestor. W końcu jesteśmy. Dojechaliśmy na pedyment pod górami Altan Uła, co kawałek stroma skarpa w dół i pionowe skały piaskowców liczące po kilkanaście - kilkadziesiąt metrów. Szok! Widok z góry zapiera dech w piersiach. Wichura taka, że strach podchodzić do urwiska, przy silniejszych podmuchach można by polecieć jak sokół w dół, tylko nie byłoby czasu na majestatyczne szybowanie. Wojtek rusza pierwszy, potem nasza zgraja uzbrojona w aparaty. A nuż wyskoczy zza rogu jakiś ornito-cośtam albo
inny zaurolofus. Nic groźnego nie wyskoczyło ale za to nasyciliśmy oczy wszelkimi kolorami piaskowca - od bieli poprzez złoto, pomarańcz po ciemne bordo i czerń. Cudowne miejsce. W zenicie naszych zachwytów Wojtek dla odmiany stwierdza - zobaczycie co będzie w Nemegcie, tam to dopiero oszalejecie z podziwu. Teraz już chodźcie, pokażę Wam kolejne  piękne miejsce. Czy wytrzymamy ten zastrzyk emocji? ;) Sambo jedzie wedle wskazówek
pioniera i docieramy do podnóża gór. Idźcie tamtym wąwozem, dojdziecie do płaskowyżu, tam powinny być owce argali i koziorożce, zawsze tu były. Były. Dobre słowo. Teraz tak rozwijają się polowania i kłusownictwo w Mongolii, że szczerze wątpię, czy trafimy na te piękne zwierzęta. Zachodni bogaci myśliwi i Arabowie urządzają tu sobie niestety coraz częściej mongolskie safari. Nie mówiąc już o nielegalnych odłowach drapieżnych ptaków. Ale to już inny temat. Z nadzieją jednak ruszamy w skały. Lśniące w słońcu bazalty użyczają
nam stopni i półek. Wdrapujemy się z Irkiem północnym zboczem, Światek z Piotrem idą wschodnią ścianą wąwozu, a Boguś z Xenią idą w górę sajru. Może komuś dopisze szczęście. Irek zobaczył je pierwszy - są! Co prawda nie owce argali ani koziorożce ale dżejrany o krótkich różkach. Stado wyczuwszy nas czmycha w pośpiechu. Wdrapujemy się wyżej, na grań. Jest już zapowiedziany płaskowyż po drugiej stronie ściany, niestety brak jego malowniczych pustorogich mieszkańców. Nie mniej widoki wynagradzają nam wędrówkę. Poprzez czarne skalne wyłomy widać w oddali czerwieniejące już w słońcu piaskowcowe wąwozy. Siedzimy w milczeniu godzinę wśród skał, owiani dującym głośno wiatrem, aż żal wracać. Widzimy Piotrka i Światka na przeciwległym szczycie, chyba też smakują tej szalonej przestrzeni. Czas wracać, trochę już zmarzliśmy. W sajrze spotykamy Bogusia, on też nie widział koziorożców, gryzonia jakiegoś jedynie i mongolską sójkę.





9 października

Jest lekki wiatr. Ruszamy w stronę owianego czarującymi opowieściami Wojtka, Nemegtu. Góry wydają się być niedaleko, wiadomo jednak że przeprawa zajmie nam cały dzień. Teren jest pofałdowany i przy dość słabym wietrze nie będzie zawrotnej prędkości przy jeździe na żaglach. Dziś na Gobi2 zasiada jego konstruktor - Wojtek. Czas na rundę honorową! Jeszcze tylko drobne poprawki. Ojciec Chrzestny wyprawy zauważa usterki i wskazuje jak lepiej zamontować hamulec, aby wreszcie, po miesiącu jazdy zaczął działać ;) Wiatr stopniowo
napina żagiel, pojazd rusza. Kapitan szczęśliwy. Po 30 latach zasiadł ponownie za sterem żaglowozu, ponownie tu, na Gobi. Dla nas wszystkich to ważna chwila, chwila oczekiwanej radości i satysfakcji - że się udało.




10 października

Dziś w planach eksploracja Nemegtu, mongolskiego Colorado. Budzimy się w malowniczej scenerii - samotne piaskowcowe skały z wyżłobionymi erozją, niemal regularnymi żlebami. Faktura idealna na plener fotografii trójwymiarowej. Żałuję, że Andrzej już wyjechał, miałby tu niezłe pole do popisu, a film trójwymiarowy o Mongolii zyskałby rewelacyjne ujęcia.
Andrzeju, wracaj!

Ruszamy toyotą w teren, Bajra zostaje na posterunku przy żaglowozach. Ma coś do naprawienia w gazie, jak zwykle;) Nie widać drogi, jedziemy wysokimi sajrami przechodzącymi w rozległe wąwozy. Istny labirynt. Nic dziwnego, że raz po raz napotykamy na ścianę i koniec przejazdu. Po jakimś czasie trafiamy na ślad terenówki - może doprowadzi nas do celu. W końcu Wojtek już poznaje teren - dobrze jedziemy, zaraz zobaczycie Strażnika Nemegtu! Niestety po chwili okazuje się, że nazwana tak przed ponad 30-u laty skała
runęła i to stosunkowo niedawno jak wnioskujemy ze śladów. Za powalonym Strażnikiem zaczyna się wąwóz, do którego Wojtka ciągnie najbardziej. - Tutaj, 37 lat temu mieliśmy obóz paleontologiczny, zobaczcie ten krąg kamieni - niegdyś otaczał mój namiot, a tam, o tam na górce stał namiot wyprawowego lekarza, tu była kuchnia. Znajdujemy starą, historyczną szpilkę od namiotu, zostawiamy ją na swoim miejscu, będzie swoistym pomnikiem tej
obozowej historii. To dopiero początek oprowadzania po "starych śmieciach" :) Schodzimy w dół, do rozpadliny w skale. Na ścianie w środku widać jeszcze resztki czerwonej farby, to ślad po CAFE pod SEXAUŁEM, jaką założyli tu niegdyś poprzednicy paleontolodzy. - Tu stawialiśmy termosy, o na tej półce, tu zrobiliśmy z belki huśtawkę, tam powyżej są ślady z wydobycia ciekawego okazu - opowiada Wojtek. Niesamowite. Decydujemy, że to jest najwłaściwsze miejsce na zamontowanie tablicy pamiątkowej. Wręczam ją zaskoczonemu
Wojtkowi. "Na pamiątkę Rajdu Przyjaźni Polsko-Mongolskiej." - tak właśnie nazywała się pierwsza wyprawa żaglowozowa organizowana przez Wojtka. I dalej: "Uczestnicy GOBI 2008 pragną uhonorować wyczyn Polaków, którzy w 1978 roku przebyli Pustynię Gobi żaglowozami (.) Gościem Honorowym ekspedycji GOBI 2008 jest Wojciech Skarżyński, pionier.

Wojtek wzruszony, czuję to w jego głosie i uścisku. Wwiercamy się w piaskowiec, Wojtek przybija śruby - nie mamy kołków rozporowych ale śruby od żaglowozu świetnie się komponują z tablicą. Teraz czas na herbatkę w kawiarni, dziś Wojtek stawia :)

Cudnie tu. To taki rodzaj widoków, których nie opisuje się w pamiętniku i to nie z lenistwa ale dlatego, że trudno je opisać. Lepiej usiąść i delektować się kolorami, zaskakującymi kształtami wydrążonych wodą, wiatrem i czasem piaskowców. Przy okazji zajrzeć tu i ówdzie, czy aby nie czai się jakiś pradawny stwór w szczelinie czy pod okapem.

Wojtek chce nam jeszcze pokazać tzw. Wąwóz Filmowców - tutaj kręcili przed laty film Dżadochta 2 w wolnych chwilach w czasie obozu paleontologicznego. Film obejrzeliśmy już razem w naszym obwoźnym, stepowym kinie, na dużym ekranie. Przepona wówczas omal nie pękła ze śmiechu. Historia Dżadochty to swoista westernowa opowieść o tym, jak dobro zwycięża zło, tam gdzie dwóch się bije, trzeci korzysta i wszystko kończy się romantycznym happyendem. Hersztem bandy, w tym filmie reżyserii Macieja Kuczyńskiego, jest oczywiście
Wojtek grający tytułową rolę. Któż inny nadawałby się do tego!  Teraz Wojtek postanawia zapoznać nas z dawnym planem filmowym. Rusza pierwszy po skalistym zboczu, nabywa prędkości gazeli, a my zostajemy w tyle. Za bardzo rozpraszają nas potencjalne szczątki kopalnych ssaków. W końcu wdrapujemy się na górę. Wojtka i Xeni, która z nim szła, nie ma. Gdzie podział się herszt Dżadochta??? Nawołujemy - nic. Rozdzielamy siły i ruszamy w różne strony, może weszli w nie ten wąwóz? Po godzinie wciąż nic. Porozumiewamy
się krótkofalówkami, słyszę irkowe "wracam do samochodu, sprawdzimy pierwszy wąwóz za starym obozem" . - Zrozumiałam, wracacie do starego obozu, bez odbioru. Ruszamy z Bogumiłem z powrotem, drogą którą szliśmy. Jak to się mogło stać, przecież szli zaraz na przedzie, tuż przed nami. Hmm, dziwne. Krzyczymy głośno, może nas usłyszą. Zaczyna zmierzchać, oznaczam na GPS'ie miejsce rumowiska, po którym od biedy da się zejść na dno wąwozu, kto wie, czy nie przyjdzie nam wracać tędy nocą. Mija kolejne pół godziny. W końcu słyszymy odzew z kierunku, którego  byśmy się nie spodziewali. To głos Xeni.
Ruszamy biegiem, podajemy komunikat do reszty "mamy ich, mamy ich, wracajcie do pierwszego sajru, odbiór!" Odpowiedź pozytywna, biegniemy zatem do naszych zgub. Nie widzę Wojtka - co jest?! "Xeeeeenia, gdzie Wojtek?!" - Tu jeeeeestem! - słyszymy zza ściany - uff, są cali i zdrowi, po prostu pomylili zejścia i zamiast do Wąwozu Filmowców zeszli z powrotem do starego sajru jakąś poprzeczną odnogą. Wysokie ściany i szum wiatru sprawiły, że nas nie słyszeli gdy nawoływaliśmy z góry. Wojtek w samej koszulce już trochę
przemarzł, mamy dla niego polar, Xenia na szczęście  miała bluzę. Okazało się, że zbocze na  które trafili nie miało bezpiecznego zejścia tylko urwisko za urwiskiem i zapędzili się trawersem w tak zwany kozi róg. Szkoda, że nie mieli tego rogu, by zadąć i wezwać resztę załogi, byłoby łatwiej. Na szczęście przygoda kończy się szczęśliwie. Jesteśmy zmęczeni marszem i emocjami, przekrzykujemy się w opowieściach co kto widział i jak odbywały
się poszukiwania. Światek z Piotrem znaleźli cudowny wąwóz, Irek zapędził się w ślepy zaułek strzelistego sajru, ja z Bogusiem znaleźliśmy nasze zguby a Xenia znalazła szkielet jakiegoś kilkumetrowego stwora, Wojtek natomiast odnalazł trochę wspomnień  - wszyscy zadowoleni i głodni, chyba czas na szybki powrót do obozu. Ciekawe co dziś ma w zanadrzu szefowa kuchni. :)
Czyżby racuszki? Mniam, szarlotka po gobijsku.





11 października

Wojtek musi już wracać, na dniach samolot a trzeba jeszcze dotrzeć do Ułan Bator, co zajmie ze dwa bite dni. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia i chwila na spontan - nakręćmy epizod "Dżadochta - reaktywacja"! Widzę błysk w oku Dżadochty, wiem, że skusi się jeszcze na ten niepoważny wybryk. Bierzemy z obozu co tam leży pod ręką - jakieś ciuchy, nóż, toporek, Światek bierze kamerę i biegniemy do pobliskich skał. W drodze do nich powstaje  scenariusz;) Dżadochta zasiada w pieczarze, z podróży po świecie wraca jego syn naturalny, rzucają się sobie w ramiona, Dżadochta przekazuje zbójecką buławę młodemu. Wszystko bacznie z ukrycia obserwuje córka przyrodnia Dżadochty i z zazdrości szykuje zemstę na obu bandziorach.  W tym czasie w okolicy pojawiają się tak zwani "zapadni turyści". Młody syn pragnąc ich złupić skacze ze skały, zaczyna się bójka. Równolegle córka Dżadochty knuje
zemstę i napada na ojczyma. Zza pobliskich skał wypadają zbójcy mongolscy i porywają jedną z turystek, która wpadła w oczy młodemu zbójcy. Dalszego ciągu nie zdradzę, w każdym razie pojawia się też postać legendarnego porucznika Kinga, miłosna intryga i . i mam nadzieję, że wiatr nie porwie tych spontanicznych nagrań i trafią kiedyś na naszą stronę :)



Pozdrawiam ze skalnego obozu w Nemegcie,

Ania

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
SPONSORZY GŁÓWNI










PARTNERZY TECHNOLOGICZNI




WSPÓŁPRACA







POLECAMY:)



  • Anna Grebieniow ©
  • Kontakt
  • Start
  • drogę tworzy się, idąc nią...
  • nr konta: Wyprawa GOBI 2008 - mBank 11 1140 2004 0000 3902 5062 4929