Dojechaliśmy do gór, wciąż pada. Po paru godzinach deszcz ustaje, teraz przynajmniej coś widać. Piękne góry, skaliste, surowe takie.
Trochę zieleni - to mała oaza skupiona wokół źródła. Zimno. Teraz będzie sporo skał, żaglowozy pokonują je na holu. Robimy sesję zdjęciową z napotkanymi wielbłądami, kawałek dalej koło od Gobi2 zaczyna rzęzić.
Co jest grane? Tudum tudum - coraz głośniej coś bębni. Zatrzymujemy się. Poszło kilka szprych, zeszło powietrze z koła. O ile nie ma problemu z dętkami (mamy ich już pod dostatkiem) o tyle ze szprychami jest dramat - nie mamy zapasowych. Patrzymy ze zgrozą na niczego dobrego nie wróżące stare koło od junaka. Tylko na Bajrze nie zrobiło to wrażenia. Zakasał rękawy - wsjo zdjełajem, niszto straszne. Jak on chce zrobić te szprychy? Okazuje się, że jakiś czas temu znalazł na stepie kawał stalowego pręta. O tak zdjełajem - bierze pręt, odmierza właściwą długość, wyciągamy narzędzia Luny i generator. W ruch idzie szlifierka - trzeba zwęzić pręt u podstawy, teraz gwintowniki, kombinerki, młotek - i ot - szprycha gotowa. Teraz jeszcze tak samo trzeba zrobić kolejnych 9. Magik z tego Bajry. Jutro jedziemy dalej, do Nemegtu, już niedaleko. Czas zapolować na dinozaury;)