Kiedy wylądowaliśmy w środku nocy w Irkucku i gdy okazało się, że biletów na najbliższy pociąg do Mongolii już nie ma, nie mogliśmy sobie odmówić wizyty nad Bajkałem. To nawet dobrze, że tych biletów nie było – spędziliśmy przemiły dzień nad tym najgłębszym jeziorem świata. Dostaliśmy się nad brzeg za pomocą tzw. marszrutki - liniowego busa osobowego. Trafiliśmy do jednego z miejscowych kurortów - Listwianki. Szybko załatwiliśmy...
...niezbędne zakupy (wędzone omule) i ulotniliśmy się z portu w stronę mniej zaludnioną. Rozbiliśmy obóz na plaży, o 45 minut marszu od tzw. "targu rybnego" na końcu wioski. Ciężko wbijało się szpilki bergsonowych namiotów w kamieniste podłoże, było to bardziej zakleszczanie ich pomiędzy kamieniami. Okazało się, że tego roku woda nie jest tak zimna jakby mogła, a więc dało się zanurzyć w niej na dłużej niż 30 sekund, co jest swoistym ewenementem. Po kilku dniach spędzonych w pociągu pluskaliśmy się w tej wodzie radośnie niczym bajkalskie nerpy. Z naszej plaży widać było zarysy gór po drugiej stronie brzegu, jednak z czasem widok się zamazywał, w końcu przeszedł w czarną kreskę horyzontu. Nic dziwnego, że Bajkał nazywa się morzem Syberii. To naprawdę jest morze. Przed nosami przepływały nam liczne kutry rybackie oraz promy wycieczkowe. Ciekawe, kto komu się bardziej przyglądał, czy my japońskim turystom, czy oni nam, pluskającym się w lodowatej wodzie. Szkoda, że nie dane nam było pobyć tam dłużej.